Czwartek bożocielny
Bez świąt dziś w tytule bo mi się nie podobają.
Rynek pracy zdecydowanie mnie nie potrzebuje. Niebawem
zmienię strategię poszukiwania etatu ale jeszcze myślę nad skutecznym
ugryzieniem tematu. Ponadto przystąpiłam również do próby organizowania sobie
samozatrudnienia. Pomysł mam. Wiarę w powodzenie buduję. Uczę się. Mam
kompleksowy zakres nauki, która zmaksymalizuje mi wiedzę i umiejętności. Liczę,
że w sierpniu/wrześniu będę mogła starać się o klientów. Oby, oby. Zresztą ten
start działalności własnej, jak i podjęcia etatu nie kolidują ze sobą.
Swobodnie mogłyby współistnieć.
Jaki relaksujący jest zawsze początek lata. W sensie: tyle
warzyw, pogody do aktywności, nie ubieranie się w warstwy, większość doby
jasna, zapachy, czystsze powietrze, ludzie na zewnątrz, pełno zwierząt na
każdym kroku. Z tego ostatniego plusa lata to okolica boi się rodziny dzików.
Ale jeszcze nikogo nie zaatakowały, w każdym razie nie słyszy się o tym, chodzą
sobie taką ekipą. Też się obawiam ale trudno po prostu.
Maj był wypchany atrakcjami 😊 Byłam na wycieczce w Beskidach, taki
jednodniowy rajd w okolicach Ustronia Zdroju. Kąkubęt zorganizował dwudniową randkę
w Krakowie z zaległym z kiedyś obiadem u Wierzynka. Głównie ze względu na moje
zainteresowania historyczne bo obiad, smaczny owszem, ale raczej zjeść raz w
życiu i wystarczy 😉 Poza planem spędziliśmy wieczór w Piwnicy
pod Baranami, udało nam się, wsiąkliśmy w klimat, nieco lirycznie, odrobinę
dekadencko. Warto było. Oraz udana – a jakże – kawa z Jarmużem 😊
Potem spędziłam noc w Kato i nadranne łażenie po Kato gdy odebrałam córeczkę z
koncertu. Nigdy nie chodziłam nocą po tym mieście.
Administracyjnie to udało mi się sfinalizować założenie
księgi wieczystej mieszkania we Wro, po pisaniu zażaleń do sądu, dla którego
moi rodzice za mało umarli 😉oraz zawrzeć kolejną umowę z lokatorką.
Obejrzałam sporo ciekawych filmów i seriali, przeczytałam
książek, nachodziłam się po lesie. Dalsze usuwanie znamion uniemożliwiło sporty
jakie chciałam ale teraz miesiąc przerwy o tego i to co wycięte już zagojone,
zatem mogę ruszyć się więcej.
Moja ciotka-seniorka śpiewa w chórze. I chór ten miał
koncert w Kępnie, w którym mnie wychowano od lat 1 do 6. I które to miasto
widzę i odczuwam właśnie oczyma dziecka i sentymentem. Z chęcią więc
pojechałam. Plus 10 do atrakcji było to, że wydarzenie miało miejsce w
synagodze, która była dla mnie zawsze pociągająco niedostępna (teraz pełni
funkcję opcji domu kultury) oraz poprzedzone przewodzeniem przewodnika po kępińskiej
tematyce żydowskiej, która jest po średniowieczu moją drugą słabością
historyczną. Oczywiście odwiedziłam grób matki, rodziny i powłóczyłam się po
mieście z głową we wspomnieniach i marzeniach.
Ostatnia prosta maja przyniosła Kąkubętowi chorobę, która
sprawiła, że musiałam wykorzystać jego prezent bo już był nie do odwołania. I
tak oto trafiła mi się sesja floatingu.
Komentarze
Prześlij komentarz