Międzynarodowy Dzień Matki Ziemi, Dzień Fasolkowych Cukierków Jelly Bean

 Od 5 lutego, kiedy tu ostatnio pisałam... Wiele i nic.

Wraz z marcem stałam się bezrobotna. W poszukiwaniach dostałam ostro po nosie. Musiałam przełknąć kilka bardzo niesmacznych żab. Wyciągnęłam wnioski. I już tak tego nie przeżywam. Nie zmienia to mojej sytuacji ale zapobiega wyrywaniu się w nocy ze snu w panice jakbym nie miała grosza przy duszy i jutro na chleb.

Przedstawiam moją bieżnię, przyrząd sensoryczny i terapeutę w jednym ciałku:



Piesek za mną chodził już bardzo silnie od co najmniej trzech lat ale ciągle nie miałam odwagi. Jest z nami nieco ponad dwa miesiące. Odczuwam bardzo dużą regulację swoich uczuć. Wychodzę z domu. Odeszły natrętne myśli paraliżujące. Jaśniej mi po prostu. Jest do nas idealnie dopasowany. Może również dlatego, że nie adoptowałam go chodząc po schronisku i wybierając palcem "ten". Usiadłam w biurze z zarządzającą przybytkiem, opowiedziałam o rodzinie, warunkach, trybie życia, sposobie odpoczywania, aktywności oraz formie wyjazdów. I tak dobrała stworzonko. Wycelowała w sam raz. Jego historia nie jest znana. Został po prostu odłowiony z błąkania się, jednak najprawdopodobniejsza wersja to wywiezienie go daleko od domu na wieś, żeby się do jakiegoś gospodarstwa "przykleił" a do domu nie umiał wrócić. Nie był sam, był z drugim psem. Mieszkańcy wsi zadzwonili, że są nowe psy nieznane nikomu. I tak trafił pod opiekę instytucjonalną w listopadzie ubiegłego roku. W schronisku był dokładnie dwa miesiące, czyli akurat czas kwarantanny, sterylizacji, szczepień, czipowania, obserwacji charakteru. Od początku umiał mieszkać w mieszkaniu. Jest ciekawski i dość odważny ale do nas bardzo uległy i ufny. Od pierwszego dnia można z nim było wszystko zrobić. Umyć, podnosić, grzebać w misce. Nie ma na nic uczuleń ani stwierdzonych dawnych urazów, które by się odzywały. Liczę na to, że jako przedstawiciel rasy "cztery powiaty" będzie się długo cieszył zdrowiem i kondycją. Kochany taki jest, że można go zjeść. Ma około 2-3 lat.

Nie umiem wystartować z bieganiem. Nie wiem dlaczego. Tak to lubiłam zawsze. Las pod nosem. Towarzysz do latania czeka na kanapie, pas biodrowy ze smyczą w szufladzie. Niemal każdego dnia eksplorujemy nowe leśne dukty oraz ścieżki. A ja nic. Tylko chodzę. Dojrzewam ale powinnam się kopnąć w zad.

Waga się utrzymuje stała, niemniej wyższa niż byłaby mi wygodna i wskazana. Mięśnie nie pracują tyle ile powinny. Koniecznym jest nie przej&bać sezonu. Jak jest brzydka pogoda (wymówka) to w domu też mam wiele możliwości.

Jedzenie raczej trzymam. Rada Milly o fotografowaniu o dziwo u mnie też się sprawdza.

O dziwo, bo myślałam, że nie będzie na mnie działać. Kanapki może nie budzą myśli "ojej, jak fajnie, zdrowo" 😊 , ale... chleb jest żytni lub orkiszowy, pieczony przez pewnego strażaka w domu, jajka od kur biegających po podwórku, kiełbasa produkowana chałupniczo a szczypiorek wyhodowałam na parapecie. Duszonych szparagów, pomidora i ryby nie trzeba nikomu przedstawiać. Ze słodyczy jem wypieki domowe, dość odcukrzone oraz gorzką czekoladę. Zmniejszyłam ilość kawy. Piję w południe kakao (mleko dojone 6 km ode mnie i dostarczane do mnie na rowerze świeżutkie) i do niego zjadam właśnie gorzką czekoladę i orzechy. Jest tego niewiele a deser jest mi cholernie potrzebny. Po prostu poczucie mania deseru. Na razie stosuję to tak. Chyba nie najgorzej.

Korzystając z przerwy w zatrudnieniu, nadganiam prewencję zdrowotną. Usunęłam już cztery znamiona. Zrobiłam usg tarczycy i jestem w kolejce do endokrynologa. Zrobiłam ginekologa z usg oraz płynną cytologią. Mam termin mammografii. Zrobiłam badania z programu dostępnego poprzez aplikację pacjenta i z jej wyników dostałam skierowanie na badanie żelaza. Pierwszy raz w życiu jest go za mało (jestem wieloletnim krwiodawcą). A w ślad za tym skierowanie na gastroskopię i kolonoskopię. Tych dwóch jeszcze nie mam i nie mam terminów.

Czytam historię rodu Wedlów oraz pozycję o życiu w średniowiecznym mieście (moja ulubiona epoka). 

Całuję Was tam, gdzie lubicie najbardziej.

Komentarze

  1. Brawo za dyscyplinę żywieniową! Jedyne tylko do czego bym się przyczepiła to te swojskie wyroby. Ja to się strasznie takich nie ze sklepu rzeczy boję. Boje się bakterii, jadu kiełbasianego, grzybów z nieznanego zrodła itp. Z bieganiem to cie rozumiem, bo dla mnie to straszny koszmar. Poszukaj może jakiś darmowych zajeć? Ja byłam przezdziwiona ile tego jest jak zaczęlam się interesowac. Nawet u mnie na rolkach się mozna uczyc jezdzić. Trzymam kciuki za pracę.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty