Uczę się.
Za dwa tygodnie mam egzamin z języka. Nie jest to egzamin nadający uprawnienia, oficjalny. Ale przystąpiłam do projektu. Wydano na mnie unijne pieniądze. No i chcę się naprawdę nauczyć tego materiału, który mi zaoferowano. Mam pewne zaległości ale przycisnę. Udział w projekcie, ponieważ był skierowany do pracodawców, i uzyskałam zgodę na wzięcie udziału, tylko zadziałał na moją niekorzyść w komórce organizacyjnej, do której przynależę. Nie byłam konkurencją bo nikt inny nie chciał się uczyć. Mogli wziąć udział (choćby taki Excel był w ofercie a nie mnie nadal pytać co znaczy słowo ARG lub jak dodać tu linijkę, tak, serio 😊). Za to za plecami, a i od frontu nawet, byłam za pobierane lekcje na tapecie hejtu i ostracyzmu. Nie przysłużyła mi się oczywiście próba obrony, że lekcję po prostu bardziej widać bo jest spójna i systematyczna w czasie ale doprawdy zabiera go kilkakroć mniej niż kaweczkiploteczki i wyjścia na fajkę. Nie było na mój plus również to, iż językiem tym jest ukraiński bo przecież to oni powinni się uczyć naszego, są u nas, biorą nasze pieniądze i nasze prace i nasze mieszkania i są gwałcicielami, przestępcami, elementem i się rozmnażają za nasze pieniądze. Zasadniczo więc, powaliło mnie, że chcę poznać język pijawek. Wzruszałam ramionami, bo co tu rzec? Była okazja, skorzystałam. Zgłosiłam się do ukraińskiego oraz migowego. Migowy nie ruszył. Pozostałe języki były to angielski - zbyt oklepany i uczę się we własnym zakresie oraz takie, które wiadomo że nie posłużą do tej konkretnej pracy a wyłącznie na wakacjach. Wybrane przeze mnie wydawały się mieć - wymagane - uzasadnienie podjęcia nauki. I tak też było.
Komentarze
Prześlij komentarz