Będąc.

 Gimnastykuję się finansowo. Dochody mamy, uważam, zadowalające i lubimy życie skromne a i tak wciąż trzeba docinać potrzeby do możliwości. Nie wiem gdzie te wzrosty wynagrodzeń, o których czytam co kilka miesięcy, w jakiejś alternatywnej Polsce chyba 😊Rzuciłam jogę bo za drogo. Będę ćwiczyć z kart, które przyniesie mi Mikołaj. A rower, spacery oraz bieganie są bez karnetu. Do fryzjera chodzi jedynie syn. Córka jest sama sobie fryzjerką oraz moją. Zarówno od stylizacji jak i koloryzacji. A moja farba zawsze nazywa się tak samo: z promocji 😉 Kąkubęta tnę ja. Nikt nie korzysta z innych usług. Nie robimy zakupów ubrań ani kosmetyków jeśli nie ma takiej obiektywnej potrzeby. Tym bardziej ozdóbek, zmian wystroju i podobnych zachcień. Ja i Kąkubęt ubieramy się z drugiej ręki, tudzież ostatnich przecen z przecen. Nie marnujemy jedzenia. Wręcz przeciwnie – zdarza nam się przygarniać niechciane. Kuchnię prowadzimy niewykwintną. Sezonowo robię niektóre przetwory. Piekę. Nie regularnie i jest to stały repertuar bo tak lubimy i w sumie musimy tak lubić bo ja nie umiem piec 😊, więc lecę z jednej matrycy wprawy. Nie jemy na mieście. No, zamiast tortów na urodziny zamawiamy jedzenie, owszem. Po mięso wstajemy w soboty o 5:45 żeby złapać w Lidlu to z pomarańczowymi naklejkami. Zaletą małego miasta oraz starego osiedla jest, że mamy „brudny warzywniak” z warzywami z kopca ale też spod lady zakwas buraczany i żurkowy. I jajka. Jeździmy na rowerze dość daleko, i fajnie, po pieczywo pieczone domowo. No tu jest nieco drożej. Ale za to warto. A pan ze wsi dostarcza do domu mleko. Robię z niego zsiadłe – takie nieosiągalne na rynku, i jogurty bez utrwalaczy. Gasimy światło, nie kąpiemy się w pełnych wannach, ogrzewamy nie do temperatury terrarium. Piorę tylko jak się nazbiera. Lubimy i dość często jedzenie polega na eintopfach - pozostałość po tym jak dzieci były mniejsze i same w domu żeby miały łatwo sobie odgrzać. Nie mamy (i nie chcemy) samochodu. Wykonujemy zwykłe zawody. Nie mamy drogich hobby. Książek nie kupuję już od dawna, polegam na koleżance i bibliotekach. Nie mamy abonamentów, które opłacamy bez korzystania. Prenumeruję dwa czasopisma - rocznie jest taniej. „Archeologia żywa” po pierwsze zaspokaja moje niespełnienie bycia elementem żmudnej pracy odkrywców naukowych, a ponadto czasopismo wydawane jest z prenumerat, więc uważam to za cel wyższy. Drugie, „Pismo”, wspiera jednak jakąś wolność pisania i obserwacji, no i jest w wersji, której słucham robiąc coś równolegle. Dojazdy syna na zajęcia: 300-450 zł w miesiącu licząc z kawami i ciepłym posiłkiem. Zabiera duży termos herbaty i bułki kanapki, drożdżówkę. Spodziewam się, że w okresie egzaminów i bardzo nieprzyjemnych warunków pogodowych będzie zostawał na noc w mieście uczelni, nawet będę go do tego namawiała. Sport syna 75 zł miesięcznie. Córka w klasie maturalnej – dodatkowe lekcje to 180 zł tygodniowo. Zrezygnowała z lekcji pianina.

Mam dochód pasywny z najmu ale jego odkładam i jeśli wydaję to nie na wydatki bieżące. Dotychczas na kursy, laptop syna, ulokowanie na lokacie terminowej. Kąkubęt też ma oszczędności „na czarną”. Ale ta czarna to ma być tak za 25 lat, jak przyjdzie jakaś starcza rehabilitacja itp. Nie mamy ani złotówki zadłużenia, niczego na raty. Z bieżących wyobrażamy sobie – i chyba dość rozsądnie oczekujemy od nich - mieć życie codzienne i wyjazdy. Podróże budżetowe. Hostele, jedzenie w barach i śniadania ze spożywczaka. Poznawanie świata mam w głowie jako sprawę, która należy mi się jak talerz zupy bo do k**wy nędzy, chodzę po nim tylko raz i się do jego istnienia dokładam. Być może jestem w tym zakresie myślenia roszczeniowa, niemniej będę świadomie kołkiem i zdania nie zmienię. Wyjazdy to nie luksus. To konieczne dla zdrowia, poczucia sprawczości, przynależności i nadążania za światem, zwyczajnie, po prostu, bez łaski, adaptować się do zachodzących zmian można tylko poprzez ich poznawanie.

Oczywiście tak, będę szukała pracy. Nigdy zresztą, nigdy bym nie przypuszczała, że zostanę kiedyś aż tak zapędzona w kozi róg. Pracuje i szanuje pracę Kąkubęt. Do pracy pójdzie syn. Córka też już, choć nieletnia, parała się lataniem z tacką obiadów i piwa przez kilka miesięcy.

Niemniej czuję się w dupie i się w niej urządzam. Co zresztą budzi niesmak do samej siebie.

Komentarze

Popularne posty